jump.jpg

Wardęga to pikuś

W latach 90 moja firma składała łódzką mutację Superexpressu. W łamaniu gazety największym problemem była jak zwykle treść. Czasem było jej za dużo i wtedy sekretarz redakcji cisł i upychał, skracał, upraszczał, aż materiał się zmieścił. Czytałem mu zdanie, a on cyk przymiotniki, długie czasowniki na krótsze, wiersze znikały szast prast. Czasem tekstu na kolumnie było za mało i wtedy, wtedy było inaczej. Można było wstawić jakiś obrazek, zdjęcie gołej panny, czy ni z gruchy ni z pietruchy jakąś krzyżówkę. Można też było wrzucić zapychacz z innego miasta. Janek (sekretarz redakcji) sięgał do szuflady i wyjmował coś, co wcześniej uznał za ciekawe z innych mutacji gazety. Tak było też owego razu, który będę pamiętać chyba do końca życia.

Tym razem do łódzkiego wydania trafiła notka policyjna z podkarpackiego. Córka prezesa aeroklubu oddawała swój wianek. Ślub, wesele w jakiejś wiosce pod aeroklubowym lotniskiem. Dziś przy takiej okazji kulminacja to pokaz sztucznych ogni, strzał z armaty czy występy jakiegoś znanego supportu sprzedawcy garnków. W pierwszej połowie lat 90 było bardziej przaśnie. Nie było fajerwerków tylko zimne ognie, a artyści jeszcze nie zeszli do poziomu kotleta. No ale pan prezes aeroklubu zamówił pokaz lepszy od sztucznych ogni. Skoki spadochronowe.

Nad wioskę nadleciał AN2. Wyterkotał w odpowiednie miejsce, a z luku zaczęli wyskakiwac skoczkowe. Pyk jeden, pyk drugi, pyk trzeci, pyk czwarty, pyk piąty. Spadali, coś tam robili w locie. Pyk pierwszemu otworzył się spadochron, pyk drugiemu, pyk trzeciemu, pyk czwartemu, ale piąty nie pyknął. Poleeeeciał łukiem gotyckim jak notowania PO w 2015 i spadł gdzieś za stodołą w krzaki.

Przerażona gawiedź rzuciła się w kierunku miejsca tragedii. Na płocie darły się garnitury i kreacje. Gdy grupa ratunkowa dobiegała do kępy krzaczorów, wyszedł z nich facet w pilotce, z przyczepionym do pleców nie do końca rozwiniętym spadochronem i stękając, otrzepując się z kurzu wystękał

– Kurwa! Mało się nie zabiłem!

Kiedy mimo wszystko wydało się, że z samolotu wyrzucono kukłę, a facet w krzakach czekał z rozchełstanym spadochronem, eksplodowało takie mordobicie, że do pacyfikacji wesela potrzeba było kilku jednostek policji.

Dystans dwudziestu lat, które minęły od tego wieczoru, kiedy wyfroterowałem parkiet w całej naszej firmie, nie osłabił wspomnienia. Gdybym miał zrobić wiral na miliony odsłon w YT, to w oparciu o tę historię. I pomyśleć, że 20 lat temu ktoś zrobił taki mega wkręt dla 100 czy 200 gości weselnych. Wardęga to pikuś.

Photo by Kamil Pietrzak on Unsplash