gondo.jpg

Architekt

Kilka lat temu w ramach jakiegoś roadshow fotograficznego zawiało nas do podwarszawskiej miejscowości. Specjalnie nie napiszę jakiej, bo lubię swoje kolana. W miejscowości owej był obiekt, właściwie to OBIEKT. W OBIEKCIE znajdował się hotel. Nie byle jaki. Ogromny, wtedy jeszcze w budowie. Na drodze dojazdowej w kapuścianym szczerym polu stała dziesięciometrowej wysokości brama, nieeee, nie brama, łuk tryumfalny – łuk tryumfalny unii europejskiej – jak wyjaśniała inskrypcja na szczycie. OBIEKT otaczał parking. Nieogrodzony. Na środku parkingu budka strażnika. Strażnik drzemał sobie w owej budce, nie zwracając specjalnie uwagi na samochody. Uwaga była zwrócona na szklaną gablotkę w środku budki strażnika. W gablotce może nie pozłacany, ale całkiem ładnie wyeksponowany kałach.

Warto by było zwrócić uwagę na nazwę OBIEKTU, gdyż albowiem zawiera w sobie dosyć ciekawy błąd ortograficzny. Nazwa, której nie napiszę, odnosząca się do pewnej znanej na świecie lokalizacji, została zapisana w nieodkrytym języku, scalającym wszystkie mutacje nazwy od włoskiej po polską, jednak tak, by nie być poprawną w żadnym z nich.

Pokoje w OBIEKCIE wzbudziły we mnie pewien rodzaj niepokoju. Przywykłem do tego, że wanny są oddzielone, choćby tak, jak w Mercure warszawskim szklaną przegródką od pokoju. W OBIEKCIE w pokojach przy łóżku było jaccuzi, wspomagane chyba dla niepełnosprawnych, rurką, biegnącą pionowo od sufitu. Dziwne, choć szczerze powiedziawszy wygodne.

Restauracja obiektu nie budziła niepokoju, budziła nieustanne zadziwienie. Pierwszy raz w życiu widziałem kolumny jońsko-dorycko-korynckie. Ustawione na planie koła, kilkanaście mocnych podpór, za którymi na ścianach mieszał się barokokowy wystrój z anubisami strzegącymi wejść. Pięknie zdobione kryształowe lustra ze złoconymi ramami i gustownie dopasowane do nich plastikowe okna. Zaskoczenie za zaskoczeniem. Kelner też był zaskoczony, że nie wiemy iż margarita to jest zamówione przez naszą modelkę malibu.

Na jednej z dorycko-jońsko-korynckich kolumn wisiał dumnie oprawiony w złote ramy dokument. Zdjęcie mężczyzny, ubranego w granatową marynarkę harwardzką ze złotymi guzikami. Podpis pod zdjęciem odpowiadał na niewypowiedziane, acz nieodparcie wracające z zakątków mózgu pytanie – „Kto wam to kurwa zaprojektował?” a brzmiał „Architekt”.

Tamtego roku zwiedziliśmy kilkanaście najpiękniejszych lokalizacji pałacowych w Polsce. Wiele z tych miejsc fotografowałem, ot tak dla przyjemności. Tu jakoś nie miałem odwagi. Jakże zadziwił mnie, zblazowany pięknością poprzednich lokalizacji Tomek (współtowarzysz niedoli), kiedy po kolacji zakończonej maliburitą stawił się ze statywem i stwierdził, że idzie robić nocne zdjęcia OBIEKTU. Na niezadane pytanie odpowiedział, że nie może sobie kurwa odmówić.

No to poszedłem z Tomkiem podziwiać iluminowany fronton budynku przyozdobiony dwiema gigantycznymi trzypiętrowymi kariatydami. Kiedy Tomasz przygotowywał aparat do zrobienia zdjęcia podszedł do nas starszy pan.

– Co panowie robicie?

– Postanowiliśmy uwiecznić to niezwykłe dzieło – odpowiedział zgodnie z prawdą Tomek.

– Prawda że robi wrażenie?

– Niezwykłe, widzieliśmy wiele obiektów w tym roku, ale jeszcze żadnego takiego jak ten.

– Prawda? Ech panowie, ileż to kosztuje czasu przypilnować takiej budowy, a ile (mlask mlask) kasy!

– To pańskie dzieło?

– Taaaaaak, widzicie te dwie rzeźby? Po lewej to moja synowa – prawnik, dlatego trzyma w ręku wagę, ta po prawej to moja córka – lekarz – z kielichem i wężem. Po drugiej stronie jeszcze nie ma, ale będzie rzeźba przedstawiająca mnie i moją żonę. Chcieliśmy dać też wnuki, ale podobno dzieci nie przedstawia się na rzeźbach, bo to przynosi pecha.

– Uhmmm, a kto to zaprojektował?

– Mój syn, ARCHITEKT.

I to jest prawdziwy, rodzinny, polski interes.

Photo by Diego Gennaro on Unsplash